piątek, 23 lutego 2018

MEZOPOTAMIA



                                                     
                                            Fragment mapy turystycznej Iraku z 1977 r;
                                        Mezopotamia
   

 
   Wśród rozlewisk i bagien Mezopotamii


           W ciągu ostatnich lat oglądałam w telewizji reportaże z Iraku.
Każdy z nich przybliżał mi ten egzotyczny kraj, jego miasta i miasteczka tak odmienne od naszych, europejskich, ludzi tam mieszkających, osiągnięcia techniczne, komunikacyjne i urbanizacyjne epoki dyktatury Saddama Husejna, fakty z najnowszej historii tego kraju. A wszystko to wtopione w klimat subtropikalnych, ogromnych obszarów pustynnych, w szarości i płowości odwiecznej Mezopotamii, gdzie żar leje się z nieba od maja do października, a deszcz pada rzadko.
Takim pamiętam ten kraj sprzed wielu lat, gdyż i ja mam swoje wspomnienia z podróży po Iraku, stare filmy, zdjęcia i notatki, po które szczególnie w mgliste i szare dni zimowe chętnie sięgam.
W południowym Iraku, pośród pasa pustyń półkuli północnej przeciętego dwoma wielkimi rzekami - Eufratem i Tygrysem znajduje się oaza bujnej zieleni, rzecznych rozlewisk i bagien, obszar, gdzie uprawia się trzcinę, tak nietypowy dla tego rejonu świata.



Krainę, którą wówczas oglądałam, rozciągającą się w okolicach miast Qurna, Basrah i Suq al - Shiyakh zamieszkiwało kilkanaście tysięcy ludzi nazywano "Arabowie Błotni, Mad'an", prowadziło „nawodny” tryb życia na „sztucznych” wyspach, jak Urowie na jeziorze Titicaca w Południowej Ameryce.
Aby zapoznać się z osobliwą okolicą i jej mieszkańcami wyruszamy z Qurna „tłukąc się” autobusem po kiepskiej drodze do miasteczka Chibaish, serca tego regionu, 
a wokół faluje morze trzcin, zielonych latem, srebrzystoszarych „zimą” zaś tu 
i ówdzie strzelają w niebo pióropusze palm daktylowych. Widoczne z daleka gaje palmowe zwiastują Eufrat. Trzciny zamieszkuje mnóstwo ptactwa wodnego. 
Mijamy pojedyncze, małe gospodarstwa, by wreszcie dotrzeć do Chibaish. 
Pamiętam, jak bardzo byłam zdziwiona i zaskoczona, gdy ujrzałam arabskie miasteczko zagubione wśród szuwarów i trzcin rozlewisk Eufratu, już zelektryfikowane, posiadające szkołę i szpital.
Wysiadamy z autobusu i od razu otaczają nas dzieci, często dźwigające młodsze rodzeństwo, mniejsze i drobniejsze od swoich europejskich rówieśników.
Bose, umorusane, często w podartych koszulinach wyciągają rączki prosząc o jedzenie, o cukierki, o pieniądze, tak urocze i wdzięczne, gdy strojąc nieśmiałe minki, w lot chwytają podawane jedzenie i słodycze. Odchodzące z niczym udają płacz, a może płaczą naprawdę, a my kierujemy się ku centrum miasta, idąc wyboistą drogą. Po obu jej stronach, stoją domostwa, każde otoczone glinianym murem.
Spoza muru widać niewielkie, gliniane chaty o płaskich dachach, bez okien, z otworem zamiast drzwi; inne mają ściany i dach z trzciny i liści palmowych zlepionych gliną. Są i pomieszczenia dla inwentarza: owiec, krów, kur i psów.
Przez otwory wejściowe w ogrodzeniach, z podwórek wyglądają z ciekawością kobiety ubrane w czarne, obfite „kiecki " ciągnięte w pasie gumką i w długie, opadające od głowy do stóp, czarne abbaje. Abbaja jest muzułmance ogromnie przydatna, bo w każdej chwili może szczelnie owinąć nią całą swoją postać, zasłonić twarz przed zbyt ciekawym spojrzeniem lub „złym okiem” i stać się anonimową.
Teraz same wychylają ku nam głowy bacznie obserwując, szepcząc między sobą, wskazując palcami, odpowiadając nieśmiałym uśmiechem na nasz uśmiech, skinienie głowy, płochliwe, w każdej chwili gotowe do ukrycia się za murem.
Przy miejskim suku (targowisku) stoją domy bogatszych obywateli trudniących się handlem. Domy są piętrowe, głównie z cegły, pobielane lub żółte i zelektryfikowane. Jak „przylepione” do nich, tkwią małe kramy i sklepiki, gdzie można kupić dosłownie wszystko: warzywa, owoce, słodycze, kawę, wonne przyprawy Wschodu, kolorowe tkaniny, odzież, kosmetyki, obuwie, „cuda elektroniki” czyli radia tranzystorowe, kalkulatory, zegarki oraz pościel, falbaniaste poduchy, bieliznę i galanterię męską.
A nad tym wszystkim unoszą się tysiące much...
Rojno tu, gwarno, trudno przejść, bo każdy kupiec głośno zachwala swój towar, zaprasza do kramu lub sklepu, byle tylko podejść, obejrzeć i… coś kupić.
Uwagę moją zwrócił następujący obrazek: ona, młoda żona, w zaawansowanej ciąży, w tradycyjnej, skromnej czerni, dokonywała wyboru artykułów spożywczych i cytrusów wkładając je do trzcinowego kosza wielkości sporej miednicy. Mąż, równie młody, stał obok przesuwając paciorki „różańca”. Gdy ona już skończyła, on zapłacił handlarzowi i...kosz umieścił ostrożnie na głowie swej połowicy, po czym - oddalił się, a ona podążyła za nim. Byłam zdumiona! No cóż, trzeba jakoś pomóc i kobiecie - pomyślałam.
Syci „uroków” wschodniego targu wsiadamy do łodzi motorowych, wygodnych, z zadaszeniem, mocno wysłużonych i odpływamy, początkowo z obawą spoglądając na ich wiekowe silniki, pewnie jeszcze z „demobilu”; jednak „ staruszki” ostro startują tnąc szarozielone fale Eufratu.
Uff...nareszcie spokój od gwaru targowiska. Przed nami lśniąca woda rozlewisk i trzciny.

                  Łódź wycieczkowa            
                       
                                        "Tramwaj" wodny  
             
                              
                                                          Podstawowy środek komunikacji
Mijamy czarne łodzie poruszane długim drągiem. Takie łodzie pływają po Eufracie od 5000 lat z górą, czego dowodem była oglądana przeze mnie srebrna, 
60-centymetrowa miniatura łodzi w muzeum w Nassriya, znaleziona w sumeryjskim Ur, i do dziś są środkiem lokomocji w tym regionie.
Gramolę się na „dach” stateczku, by lepiej widzieć niezwykłe otoczenie, zaś dwuosobowa załoga śpiewa nam tutejsze, na pewno stare pieśni akompaniując sobie uderzeniami w dach i klaskaniem w dłonie. Pieśni brzmiące dla nas monotonnie wspaniale harmonizują z tą krainą zielonych trzcin, błyszczących fal, lilii wodnych i palącego słońca. Płyniemy wąskim kanałem i oto przed nami niewielka wysepka z całym gospodarstwem. 
         Gospodarstwo na wyspie
                

                           Na sąsiedniej "sztucznej" wyspie                      
                                   
                                             Trzcinowe ściany zabudowań
                            
                                                                      "M-5 " tubylców                                                 

Podpływamy i po krótkiej wymianie zdań z gospodarzem „kapitan i załoga” pomagają nam wysiąść.
O rany, jak tu miękko się stąpa! Jak po puchowej pierzynie!
Wysepka jest „sztuczna”, wymoszczona mnóstwem gęstych mat i dużą ilością suchej trzciny.
Na powierzchni porównywalnej z naszym pamiętnym M-5 stoją zabudowania mieszkalne i gospodarcze. Głównym jest jednoizbowy „dom”, w którym mieszka głowa rodziny z synami. Ściany i dach stanowią misternie wyplecione maty trzcinowe „wmontowane” w szkielet z grubych, mocnych wiązek trzciny. „Izba” jest prostokątna, dość obszerna, bez okien, tylko z otworem wejściowym.
Obok nieco mniejszy „dom” zamieszkują kobiety: matka, żony i córki gospodarza oraz kilkoro małych dzieci. Damska część familii na widok obcych, z wyjątkiem starszej pani zasłania twarze i, rzucając zajęcia, chowa się w swojej „izbie”. 
          
                   Zwiedzamy gospodarstwo na wyspie
                           
                                                 Wśród tubylczej rodziny
             
      
        Z rodziną, między "męską" i "damską" izbą
                                    
                                          Maty trzcinowe - wyroby na sprzedaż
Gospodarz i synowie mają swój warsztat pracy w małym pomieszczeniu, gdzie ułożono różnej wielkości maty, niektóre barwnie zdobione, chodniki, tace, kosze i okrągłe, ładne torby, chętnie kupowane przez turystów. Jeden z synów gospodarza demonstruje, jak z trzciny wyplata się widziane przed chwilą przedmioty. 
Na wysepce jest i miejsce dla domowego inwentarza - niewielka „obora” dla krów i kur. W małej przystani jest zacumowany środek komunikacji ze światem - łódź z żerdzią. Jeszcze krótka „sesja zdjęciowa”, żegnamy uprzejmego gospodarza i odpływamy. 
     
                          Sąsiednie domostwo
                                        
   
                                                 Za interesem, a może na ryby...
W odległości nie większej niż 100 m widzę drugą taką wysepkę z trzcinowym gospodarstwem, pracującymi mieszkańcami i inwentarzem, a z prawej strony jeszcze jedną. Tam w wodzie chłodzi się krowa - żywicielka, dalej gospodarstwo wyglądające na zamożniejsze.
Widzimy wiele kanałów wśród trzcin, z których każdy prowadzi do gospodarstwa na wyspie.  
           
                            Ze szkoły do domu     
Obok nas przepłynęła łódź, w której siedział mały chłopiec z książkami na kolanach i śmiejąc się opowiadał coś młodemu mężczyźnie w białej galabiji dzierżącemu drąg. Pomyślałam, że to ojciec przywozi dziecko ze szkoły w Chibaish na obiad do domu.
Jakaż to była przyjemność płynąć wśród lśniących fal, boskiej, wszechpanującej ciszy tych fantastycznych rozlewisk, przerywanej czasem pluskiem, czasem krzykiem wodnego ptactwa, pod lazurowym niebem bez jednej, choćby mizernej chmurki!
                              
                                               W oddali, wśród trzcin...

W takiej scenerii życie płynie podobno od z górą sześciu stuleci, kiedy rejon Międzyrzecza zasiedliło jedno z plemion arabskich. Według innej teorii mieszkająca tu ludność to potomkowie dawnych Chaldejczyków, Persów i Arabów zepchniętych na pogranicze cywilizacji. Ludzie ci, na ogół bardzo biedni, żyjący w rodzinnych wspólnotach są szyitami, prześladowanymi przez reżim Saddama.
Kobiety przyrządzają strawę złożoną z placków, z drobiu, jarzyn i nabiału; dbają o odzież, pilnują dzieci; mężczyźni wyplatają z trzciny przedmioty codziennego użytku, które sprzedają turystom, handlarzom lub na targu w Chibaish. 
Praca trwa od wschodu do zachodu słońca, jak tego wymaga Natura. 
Czasem mają miejsce ważniejsze wydarzenia w życiu Arabów Mad'an, jak ceremonie ślubne połączone z ucztą, oczywiście - osobno mężczyźni, osobno kobiety, po czym korowód łodzi z pieśniami odprowadza pannę młodą pod dach domu męża. 
Równie ważnym wydarzeniem są narodziny dziecka, nowego członka nawodnej społeczności.
Płyniemy z powrotem do przystani w Chibaish, a więc ... wracamy do miejskiego kurzu, much i gwaru.
                                            Jedyny w Iraku trzcinowy meczet

W pobliżu miasteczka czeka jeszcze jedna osobliwość: mała wioska złożona z trzcinowych chatek, a wśród nich wznosi się jedyny w Iraku, trzcinowy meczet. 
Przed wejściem do świątyni zdejmujemy buty i ustawiamy je w porządku. 
Wysokie na kilka metrów ściany z pięknie wyplecionych, kolorowo zdobionych, gęstych i mocnych mat schodzą się u stropu, tworząc obszerne pomieszczenie. Glinianą podłogę wymoszczono matami i tkanymi w miejscowych warsztatach dywanami; od strony Mekki jest podwyższenie przykryte najładniejszym z nich. Półmrok, cisza i przyjemny chłód. Tu i ówdzie leżą dywaniki modlitewne, kubki i pękate imbryki, co świadczy o tym, że choć meczet to przede wszystkim miejsce modłów, ale też spotkań i pogawędek, ucieczka od gwaru młodszego pokolenia, a nierzadko i jazgotu kilkunastu niewiast w domu. Stroskana głowa rodziny znajduje tu chwilę spokoju, relaksu i kubek mocnej, wonnej herbaty.
I my, znużeni upałem rozkoszujemy się miłym chłodem, a „sikorki” w abbajach wsadzają ciekawe głowy do wnętrza meczetu. Wreszcie wychodzimy i trafiamy wprost między domki chcąc „pstryknąć” kilka fotek i oto pocieszna scenka: dziewczęta w czerni na sam widok aparatu fotograficznego uciekają w popłochu, z wrzaskiem i piskiem do domów, popędzane głębokim basem starszej niewiasty, która własną osobą zastawia przejście obcym, zdążającym w stronę autobusu. Szkoda, że trzeba już wracać, zresztą tą samą drogą, przez Qurna do wielkiego miasta Basrah. 
To była też i podróż w czasie - do niezwykłej krainy, do królestwa ciszy przerywanej tylko krzykiem ptaków i pluskiem fal, gdzie ludzie żyją w rytmie Natury jak przed stuleciami, a może i dawniej, gnieżdżąc się wśród trzcin, jak wodne ptactwo.

Kraków, 1984 r                                                               Ewa Utracka

Zdjęcia z archiwum autorki wybrał i opracował Maciek Utracki.


                                        Copyright by Ewa Utracka





























piątek, 19 stycznia 2018

PRASTARA, SŁONECZNA BUŁGARIA



 
               Góry Riła widziane ze starego "traktu"Sredec(Sofia) - Sołuń(Saloniki)
           
                    Sw. Ivan Rilski, Cudotwórca (876r - 946r); muzeum w Rilskim
                   Monastyrze


             ŚLADAMI MNICHA IVANA Z RIŁY...


                      ...Szedł traktem od Sredeca do macedońskiego Sołunia młody mnich w wyszarzałej opończy z kapturem, niosąc na kiju niewielki tobołek. 
Z wychudłej twarzy okolonej gęstą brodą zmęczone oczy patrzyły na drogę wiodącą doliną rzeki Strumy. Mijały go ładowne wozy kupieckie, jeźdźcy, grupki wędrowców, 
a on patrzył – jakby niczego nie widząc... A świat wokół był piękny, zielony, cieszący
się wiosną, choć wysoko, w górach Riła, na szczytach bielał jeszcze śnieg. 
Wreszcie skręcił w drogę wzdłuż rzeczułki płynącej ku Strumie i szedł w stronę tych górskich "olbrzymów" omijając osiedla i pojedyncze chaty, obok ludzi, którzy nieśmiało witali go szepcąc "Pochwalony"...
Zatrzymał się przy ostatniej chacie, gdzie kobieta śpiewając, czerpała wodę ze studni. Widząc zbiedzonego wędrowca podała mu naczynie z wodą, zaś on nakreślił nad jej pochyloną głową krzyż w powietrzu, szepcząc słowa błogosławieństwa, po czym zniknął w przydrożnych zaroślach.
Otoczyły go głuche, przepaściste lasy z plątaniną ścieżek wydeptanych przez dziką zwierzynę, a on wciąż kluczył pośród drzew, krzewów, głazów i skał, kamiennych słupów układających się w wieże, tworzących bramy do górskich ostępów pachnących wiosenną świerczyną. 
I wreszcie znalazł to miejsce, wyśnione od lat - polanka wśród skał, w nich ciemniały groty, poniżej zaś szemrał srebrzysty potok. Tak, tu będzie jego dom, jego raj, czyściec i piekło, w sercu niebosiężnych gór.Tu, jak podają źródła, osiedlił się w całkowitym odosobnieniu, mieszkając w "chłodnej jaskini". "Sypiał na gołej ziemi, czasem niebo mając za przykrycie", bez elementarnych wygód. 
Czas poświęcał modlitwom, pobożnym rozmyślaniom, rozmowom z Panem Bogiem, własną duszą i postom. Tym sposobem opierając się diabelskim pokusom krzepił ducha, "umacniał swą wiarę w Pana Boga" i zmierzał do Duchowej Doskonałości. 
Tak eremita Ivan z Riły stał się założycielem bułgarskiego monastycyzmu.
W miarę upływu czasu ludzie dowiedzieli się o świątobliwym pustelniku.
Do tajemniczego, leśnego eremu ciągnęły pielgrzymki wiernych i chorych szukających pomocy u człowieka otoczonego aurą świętości. 
Mnich-pustelnik Ivan zyskiwał uczniów, zwolenników, a także naśladowców. 
Założył braterską wspólnotę i dla niej spisał swój szczególny "testament" – regułę, według której mieli żyć, by osiągnąć ową Duchową Doskonałość. 
Z czasem wychowankowie świątobliwego Ivana nad rzeką Rilską zbudowali drewniany klasztorek, w którym mieszkali, praktykowali ascezę, świadczyli potrzebującym pomoc duchową, porady lecznicze, dotyczące życia i spraw codziennych. I tu, wśród braci i wychowanków czyli najbliższych, latem 946r odszedł tak cicho, jak żył, On, Czcigodny Ivan z Riły, powszechnie uważany za Cudotwórcę.
Z początkiem XIVw lawina zniszczyła niemal doszczętnie sędziwy, poczerniały dom
zakonny.
   
                "Górskie olbrzymy" (2600-2700 m npm) ponad Rilskim Monastyrem


Nieomal równocześnie bojar Chrelio wybudował w odległości kilku kilometrów od starego klasztoru warowny monastyr z masywną wieżą obronną i otoczył grubym, wysokim murem. I nadal do miejsca uświęconego relikwiami św. Ivana z Riły, Cudotwórcy, ciągnęły pielgrzymki z miast i osiedli Bułgarii i krajów ościennych. Można by powiedzieć, że Rilski Monastyr stał się tym dla Bułgarów, czym dla nas była i jest Jasna Góra.
Koniec XIVw. rozpoczął trudne stulecia niewoli osmańskiej. Sułtan Murad II nakazał zniszczenie sanktuarium i jego kulturalnego dorobku. 
Spotkało się to z protestami tysięcy wiernych, którzy przez następne lata cierpliwie odbudowywali swoje święte miejsce i chronili je. Mnisi potajemnie spisywali wydarzenia bieżące i dawne dzieje swojego zniewolonego kraju, dbali, by ludność nie zapominała swej wiary i języka, pieśni i tradycji. 
W monastyrze powstawały wspaniałe rękodzieła: ikony, krzyże, freski, przepisywano ewangelie i różne, stare pisma. 
Mijało stulecie za stuleciem. Zmieniała się sytuacja polityczna w Europie i w krainach naddunajskich – Siedmiogrodzie, Bukowinie, Mołdawii i Wołoszczyźnie. 
Rilski Monastyr posiadał już wielkie znaczenie na ziemiach bułgarskich, stając się w XVIII i XIXw symbolem odrodzenia narodowego. Zawsze przyciągał ludzi o twórczych umysłach: poetów, pisarzy, nauczycieli, medyków, różnych domorosłych konstruktorów i wynalazców na potrzeby życia codziennego, rzeźbiarzy i malarzy ikon, choć mnisi wciąż cierpieli prześladowania ze strony tureckiej. 
Wraz ze wzrostem znaczenia Rosji sytuacja polityczna zmieniała się na korzyść ruchów wyzwoleńczych w okupowanych przez Osmanów, krajach południowo – wschodniej Europy.
Z początkiem XIXw wielki pożar strawił Rilski Monastyr. Ze starych zabudowań ocalała tylko średniowieczna wieża Chrelia. 
Rozpoczęto wielkie dzieło odbudowy kultowego monastyru dzięki ofiarom ludności miast, miasteczek i osiedli, wielkich i drobnych kupców, rzemieślników i ludzi dobrej woli i serca, uzyskawszy też zgodę Wysokiej Porty. Prace nad odbudową kompleksu klasztorno - cerkiewnego trwały kilkadziesiąt lat, a ostateczny ich efekt można było podziwiać dopiero w IIpoł. XXw.
"Serce" Rilskiego Monastyru - cerkiew Świętej Bogarodzicy ukończono znacznie wcześniej, bo w połowie XIXw. Aby dodać jej wspaniałości i blasku, najzdolniejsi twórcy nie szczędzili pracy i talentu realizując swoje wizje potęgi boskiej. 
Dziś cerkiew uchodzi za perłę bułgarskiej architektury i sztuki sakralnej.
   
                                Brama Dupnicka - wejście do Rilskiego Monastyru


Przeszłam pod ozdobioną malowidłami Bramą Dupnicką, główną bramą wejściową kompleksu klasztorno-cerkiewnego.
   
                          Rilski Monastyr (poł. XIXw.) cerkiew Świętej Bogarodzicy


Przede mną otworzył się piękny obraz: w tle – błękitne niebo urozmaicone obłokami 
i zielone, lesisto - skaliste góry pobielone śniegiem; na górskim stoku, ponad doliną rzeczną zabudowa klasztorna w kształcie czworoboku z krużgankami oraz wieża obronna, a w centrum nieregularnego dziedzińca - bajkowej architektury, fantastyczna, o "pasiastych" murach cerkiew Świętej Bogarodzicy z lśniącymi w słońcu kopułami, z których każdą zakończono krzyżem. 
Zwiedzanie zaczęłam od cerkwi – owego "serca" monastyru. 
   
                                            Na dziedzińcu monastyru
   
                                            Freski w przedsionku cerkwi


Najpierw był arkadowy przedsionek świątyni, w pasy białego i czarnego marmuru - "podcienia" wsparte na smukłych kolumnach.
   
                                                     Bóg Ojciec; fresk
   
                                                  Chrystus Pantokrator
   
                                                     Święta Bogarodzica
   
                                                    Archanioł Michał
 
Ściany i strop pokrywają kolorowe freski głównie o tematyce sakralnej – wybijają się wyobrażenia Boga Ojca, Chrystusa Pantokratora i Św. Bogarodzicielki, archanioła Michała oraz innych świętych kościoła wschodniego.
 
                 Oblężenie i zdobycie Konstantynopola przez Turków osmańskich


Oglądałam freski przedstawiające zdobycie Konstantynopola przez Turków osmańskich, a także zawierające problematykę winy, zatem sądy nad ulegającymi szatańskim podszeptom i kary czyli czyściec i piekło, w nim zaś grzesznicy dręczeni przez demony za kłamstwo, zdradę itp, głównie płci żeńskiej... 
  

                                                    Sceny z Ewangelii
  
                                                  Sceny z życia ludzi
  
                                         Wyobrażenie mąk piekielnych


Malowidła wyraziste, czytelne dla każdego, świadczące o wyobraźni twórcy niewątpliwie obdarzonego talentem, pozostawiające wrażenie na widzu. Stylu autora tych fresków nie określiłabym ani jako "naiwny", ani jako "komiksowy";
w moim odczuciu – tak właśnie malarz wyobrażał sobie sceny historyczne, biblijne czy też wzięte z życia codziennego, pełnego zwykłych, ludzkich grzechów.
  
                             Cerkiew Świętej Bogarodzicy z przedsionkiem
   
                                                    Wejście do cerkwi


Z przedsionka weszłam do wnętrza cerkwi i poczułam się przytłoczona jego wielkim bogactwem. To uczucie jednak miało inny wymiar niż doznawane w sofijskim soborze "Aleksander Newski", gdzie byłam niczym, prochem wobec potęgi Boga – i talentu twórców wystroju świątyni w pokazaniu człowiekowi owej potęgi.
Tu, w cerkwi Świętej Bogarodzicy ową potęgę przedstawiały poczerniałe freski o tematyce starotestamentowej pokrywające ściany i powierzchnie kopuł, ikony w misternie rzeźbionych ramach, ozdoby o motywach głównie roślinnych wykonane z drzewa orzechowego i lipowego, pokryte złotem. 
Uwagę każdego przykuwał wielki, przebogaty ikonostas i Carskie Wrota. 
W ikonostasie zaś – cel pielgrzymek wiernych – relikwiarz z ramieniem św. Iwana Rilskiego, Cudotwórcy.
Ze stropu zwisały świeczniki – największy i najwspanialszy przed ikonostasem.
Po prawej stronie zauważyłam mauzoleum ostatniego cara Bułgarii, Borysa III-go Koburga. To już czasy nam bliskie. Borys III został w sierpniu 1943r zaproszony do Niemiec (Wilczy Szaniec) w sprawie wysłania na front wschodni wojskowego kontyngentu. Car nie wyraził zgody na to wsparcie, po czym samolotem wrócił do Sofii. Po kilku dniach, z niejasnych powodów, zmarł. Lekarz dokonujący oględzin ciała wyjął serce cara i ukrył je. Zwłoki panującego zostały pochowane w Rilskim Monastyrze. W momencie śmierci władca liczył sobie 49 lat. 
Po wyzwoleniu rządzący Bułarią komuniści zaprzepaścili je. 
Niedawno, mieszkający w Bułgarii syn Borysa III Koburga, Symeon, odnalazł ojcowskie serce i zostało ono złożone w mauzoleum carskim, w Rilskim Monastyrze.
Oprócz bogactwa ozdób cerkiew posiada doskonałą akustykę, o czym przekonałam się podczas mojej pierwszej wizyty w Bułgarii, wiele lat temu. Przed ikonostasem, pod świecznikiem stanęło czterech mnichów, okazałych facetów, brodatych, w czarnych szatach, obdarzonych mocnymi, głębokimi głosami. I zaśpiewali jakąś pieśń cerkiewną, być może chorał...! Coś fantastycznego!
Kiedyś, będąc jeszcze uczennicą, słuchałam na lekcji chorałów gregoriańskich, stąd mniej więcej wiedziałam, czego mogę słuchać, ale tu był bezpośredni kontakt z muzyką sakralną, której źródłem były wspaniałe ludzkie głosy. Dodam, że Osmanie zabronili używania dzwonów i posługiwania się instrumentami muzycznymi w świątyniach zniewolonym narodom. Pozostały więc tylko ludzkie głosy. 
Śpiewem mnichów wypełniła się cerkiew, dziedzińce, cały monastyr; poniósł się on wśród lasu daleko, w głąb doliny, ku górom... na chwałę Boga – Stwórcy, Chrystusa Pantokratora i Jego Świętej Rodzicielki.
Nieco oszołomiona wrażniami wyszłam na światło dzienne. Chłonąc ciepłe, pachnące późną wiosną powietrze starałam się "uporządkować" swoje wrażenia. 
Przechadzając się zauważyłam, że mury cerkwi różnią się kolorem pasów od biało-czarnych łuków i kolumn przedsionka i podstaw wież zakończonych kopulastymi chełmami. 
To jedyna tak fantazyjna, bajkowa, prawosławna świątynia, która pozostawiła takie wrażenie: po latach oglądałam ją po raz drugi i znów byłam urzeczona jej pięknem!
Idąc dziedzińcem natrafiłam na drugą bramę w murach okalających monastyr, przez którą wyszłam na zewnątrz kompleksu.
Szłam drogą wśród drzew okalających monastyr, biegnącą po stoku, wzdłuż doliny. Zauważyłam, jak wysokie są te szare mury widoczne wśród młodej zieleni, okalające teren monastyru, zaś widok korony wieży przypomniał obronny charakter obiektu.
  
                                                Wieża Chrelia (1335 r)
  
                                              Wieże Rilskiego Monastyru

                               Masywna średniowieczna wieża obronna 


Wracając poświęciłam chwilę uwagi wieży Chrelia, obejrzałam dzwony, zajrzałam też do sklepiku z pamiątkami.
   
               Arkadowe krużganki nawiązujące stylem do Odrodzenia bułgarskiego


Spoglądałam na zabudowę klasztorną, drewnianą, czterokondygnacyjną. Uwagę moją przykuły śnieżnobiałe, krużganki arkadowe, obarierowane, wsparte na kolumnach; obrazu dopełniały schody łączące poszczególne kondygnacje. Całość elewacji zabudowy klasztoru okalającego dziedziniec, stwarzała wrażenie elegancji i lekkości nawiązując do stylu bułgarskiego odrodzenia.
  
                                                          Cerkiew i muzeum


Wreszcie weszłam do muzeum. I tu, jak w cerkwi, obowiązywał zakaz fotografowania; każdej sali strzegł "stuoki smok" w spódnicy, więc nawet próby nie byłyby łatwe...! Muzeum zwiedzałam przed laty, coś-niecoś jednak pamiętałam. 
Oglądałam pięknie oprawione w zdobione złoceniami okładki wykonane z drewna pokrytego skórą, pożółkłe mszały, księgi liturgiczne o stronach pokrytych cyrylicą, barwnie ilustrowane, zdobione motywami roślinnymi; jedna z ksiąg posiadała grube okładki przybrane misternie rzeźbionymi elementami z kości słoniowej.
  
                                    Cztery Ewangelie z Suczawy z 1529r


Wśród wielu historycznych dokumentów pisanych były akty darowizn na rzecz Rilskiego Monastyru ze strony władców bułgarskich i przywileje sułtanów tureckich.
  
                               Prorok Ezechiel (XVIII w); fresk ze starej cerkwi
   

                                                 Chrystus Król - haft
   
                                       Św. Ivan Rilski, Cudotwórca; haft


Widziałam naczynia liturgiczne, przebogato haftowane złotymi i srebrnymi nićmi szaty liturgiczne oraz ekspozycję ikon i krzyży. 
Najcenniejszy, najwspanialszy był niewielki, drewniany krzyż z końca XVIIIw, nad zdobieniem którego pracował przez 12 lat mnich Rafaił z Riły wyposażony w lupę i igłą, aż do utraty wzroku. Na krzyżu jest ok.100 miniaturowych scen z Biblii, każda oprawiona w srebrne ramki, setki maleńkich postaci ludzkich, a każda inna; wprost nie do uwierzenia, że coś podobnego wykonał jeden człowiek z poświęceniem zdrowia i wielu lat życia!
W jednej z sal wyeksponowano uzbrojenie straży, w innej można było prześledzić rozwój urządzeń do drukowania różnych pism.
Muzeum to wielki skarbiec dokumentujący pełną zasług działalność mnichów Rilskiego Monastyru dla bułgarskiego narodu, dla podtrzymania w nim ducha narodowego, jego religii, tradycji i historii.
Wydobywszy się z głębin mało nam znanej historii narodu ze styku różnych kultur, starałam się otrząsnąć idąc przez dziedziniec, ku bramie Dupnickiej.
  
                                          Rilski Monastyr - skarb kultury,
   
                                  ... tajemnicze, bułgarskie sanktuarium


Chciałam przypatrzyć się jeszcze raz obrazowi monastyru zagubionego w lasach, pięknie wkomponowanego w górski krajobraz, tajemniczego, którego mieszkańcy z wielką pokorą, odwagą i konsekwencją stawili opór najeźdźcom budząc w ludziach poczucie dumy i godności narodowej, stając się w ich świadomości symbolem odzyskanej tożsamości narodowej Bułgarów.


                                                                                                Ewa Utracka
fot. Ewa Utracka