sobota, 2 maja 2020

CHORWACJA; KORCULA - WYSPA PEŁNA SŁOŃCA



 
                                      Fragment mapy wybrzeża południowej Dalmacji
   Google Earth 
                                              Z Dubrownika do przeprawy promowej
                                                        Południowa Dalmacja

                             ZATOKA I MIASTO VELA LUKA

          W upale godzin popołudniowych jechałam autokarem "Jadranką" z Dubrownika przez południową Dalmację do przeprawy promowej na wyspę Korculę. Pięknie wyrzeźbione przez erozję góry, wysuszone trawy, drzemiące osiedla, autostrada, potem droga i miasto Ston z zabytkowymi murami obronnymi, wspinającymi się pod górę "tonęły w cieple" naszej gwiazdy dziennej. 
                                      Zabytkowe mury obronne miasta Ston
              Półwysep Peljesac; miasteczko z przeprawą promową w pobliżu Ston

Jeszcze chwila w chłodnym wnętrzu pojazdu i wysiadłam na parkingu pod palmami. Do przystani zbliżał się wielki prom. Od razu całe otoczenie się ożywiło: samochody osobowe, ciężarowe i nasz autokar "ustawiły się" w kolejce, by wjechać do wnętrza statku. Pasażerowie szli z boku , jeden za drugim i zajmowali miejsca na pokładach. Załadunek poszedł sprawnie i... odbiliśmy od nabrzeża.
                                          Kolejka samochodów do promu
                               Wjazd samochodów i wejście pasażerów na prom
                                            Półwysep Peljesac; marina

Stałam na górnym pokładzie znajdując się w centrum fantastycznej krainy. 
Nieważne, że wiatr był trochę chłodny, a słońce dobrze przygrzewało: takiej malowniczej panoramy, jaką oglądałam - nie zapomnę nigdy. 
Z mojej morskiej podróży zapamiętałam Korculę jako długie, zielone wzgórze o wielu kulminacjach i obniżeniach, lesistych stolach schodzących do morza, czasem wypłaszczających się, zakończonych kamienistym obrzeżem lub gościnną plażą, lecz zawsze tworzących urocze zatoczki. 
Zapamiętałam niewielkie osiedla, hodowle małży i parę małych wysepek.
Wyspę Korculę pokrywa szalona, bujna zieleń wyrosła na brunatnej zwietrzelinie skał wapienno - dolomitycznych – taką ją oglądałam z pokładu promu, który płynął ku zachodniej części wyspy. 
Wreszcie "kolos" zawinął do zatoki o nazwie Vela Luka i po chwili zacumował w przystani. Na powierzchni wody zaroiło się od łodzi motorowych – to mieszkańcy miasta Vela Luka proponowali usługi transportowe upatrzonym pasażerom zmierzającym do pensjonatów i hoteli po drugiej stronie zatoki.
                                                  Vela Luka - miasto i przystań
Vela Luka to najludniejsze, bo liczące 4 – 5 tys mieszkańców miasto, o zwartej zabudowie typowej dla małych, słoneczno - sennych miast Południa z dominującą nad domami wieżą kościoła pw św. Józefa, które rozłożyło się nad "zatoką zatoki" Vela Luka.
Kiedyś, w "odległej" historii mieszkali tu Ilirowie i Grecy, którzy założyli osadę
rybacką, o czym świadczą znaleziska archeologiczne w sąsiedztwie groty w lesie na wzgórzu, ponad miastem. W wiekach średnich i później mieszkańcy niejednokrotnie bronili się przed grasującymi na wodach Adriatyku, piratami. 
Zawsze jednak osada dźwigała się ze zgliszcz i z upływem czasu nabierała charakteru małego miasta. Stała się nim wraz z pojawieniem się przemysłu stoczniowego i przetwórczego, zaspokajającego lokalne potrzeby; ale to już był XXw. 
Do dziś przy nabrzeżach cumują statki towarowe, wycieczkowe, łodzie motorowe i inne jednostki pływające "rodem" ze stoczni w Vela Luka. Zatoka Vela Luka jest miejscem bardzo ruchliwym, a tutejsza przystań promowa jest połączona linami rejsowymi z wieloma miastami i kurortami na stałym lądzie.
Pewnego popołudnia skorzystałam z "deptaka", o którym dowiedziałam się, że można obejść zatokę i wyruszyłam na spacer wzdłuż nabrzeża.
                                                 Widok na miasto i marinę

Oglądałam różne łodzie motorowe, jachty i stary statek, który na pewno odbył wiele podróży bliższych i dalszych. O, tu ktoś przypłynął, zacumował i wynosił na brzeg jakieś bagaże i paczki. Dalej kilku mężczyzn rozmawiało o połowie ryb i sprawdzaniu hodowli małży. Tam ktoś fotografował widok na zatokę o zachodzie słońca, itp. Doszłam do przydrożnej kaplicy i poszłam dalej, wzdłuż nabrzeża. 
                                                                Kaplica
                           Jednostki pływające różnego przeznaczenia i wieku
                                                 Duży statek wycieczkowy

Spoglądałam na zalesione wzgórza otaczające miasto, pensjonaty w ogrodach, starych ludzi siedzących na ławkach przy swoich domach, odległy hotel, do którego trzeba niebawem wracać na kolację, a obok, na trawniku rosły rozczochrane palmy, które towarzyszyć mi będą w drodze powrotnej. 
                            Przystań promowa w Vela Luka; widok z tarasu hotelu
                                  Vela Lula - widok z "mojego"okna w hotelu
                                                       Plaża przed hotelem

Ładne, zadbane miasto, gdzie nie ma męczącego ruchu ulicznego, nie słychać klaksonów, odzywa się tylko dzwon na wieży kościelnej, a zbytkowna, elegancka nowoczesność zarówno w zabudowie miasta jak i hoteli dla przyjezdnych nie uderza w oczy. Skromnie lecz wygodnie, czysto i spokojnie; i to mi się spodobało w Vela Luka.

                                NA "BEZLUDNEJ" WYSPIE

Rano, po śniadaniu, zacumował przed hotelem statek wycieczkowy. 
Po trapie wraz z innymi pasażerami weszłam na pokład i zajęłam miejsce tak, bym mogła sobie swobodnie fotografować. 
Statek odbił od nabrzeża i wyruszył w rejs wycieczkowy na maleńką wysepkę Proizd. 
                                                    Rejs na wysepkę Proizd
                                 Rejs na wysepkę Proizd; wybrzeżą Korculi

Dla mnie, rasowego szczura lądowego, to była frajda, prawdziwa przyjemność. Leciutka poranna mgiełka, a za nią w dali zamykał horyzont łańcuch Gór Dynarskich na "stałym lądzie"; wokół mnie piękny Adriatyk, leciutko pofalowany i jedna, druga, trzecia i kolejna większa lub maleńka wysepka, a każda "zarośnięta" w środku, 
o kamienistym brzegu. Obserwowałam żaglówki i małe jachty spragnionych kąpieli 
i nurkowania letników. Jedni płynęli na Proizd, inni na sąsiednie wyspy. 
Doznawałam uczucia spokoju wewnętrznego, nie słuchałam przyciszonych rozmów; uważałam że każdy cenił sobie ciszę i wypoczynek. 
Statek "przytulił się" do nabrzeża wyspy Proizd. 
                                            Mapa bezludnej wyspy Proizd

Podeszłam do dużej mapy wyspy z zaznaczonymi obiektami:jeden z nich to restauracja, a drugi to przebieralnia, do której weszłam, żeby zrobić porządek ze swoim strojem – zmienić go z turystycznego na wyspiarski czyli swobodny.
Żeby ułożyć sobie plan kilkugodzinnego pobytu dokładnie przyjrzałam się wysepce.
Jej linia brzegowa była urozmaicona – były tam liczne zatoczki, z tego w czterech były plaże. Do każdej z nich prowadziła "odnoga"drogi przez las. Dróg i ścieżek na wyspie było wiele. Można było dowolnie spacerować, zmieniać plaże, co też wkrótce rozpoczęłam.
                                                          Las na wyspie

Już w stosownym stroju, bez okularów przeciwsłonecznych i kapelusza (czego bardzo nie lubię) szłam sobie przez las, który wręcz zachęcał do spaceru. Wzdłuż "głównej arterii" leśnej były poustawiane wygodne, drewniane ławki, na drzewach były drewniane tablice info, czym spacerowicza las ma obdarzyć i jakie w tym celu należy wykonać ćwiczenia oddechowo - gimnastyczne. 
Uśmiechnęłam się do siebie w duchu, ale do propozycji ćwiczeń się zastosowałam. Oddychałam głęboko wciągając w płuca wspaniałe, pachnące sosną i innymi iglakami powietrze, nagrzane słońcem. 
                                                       Las na wyspie

Trochę gimnastyki i nabrałam ochoty na spacer do najbliższej plaży. I to było "pudło!"Mapa przy przystani bynajmniej nie zawierała informacji, że była tu plaża nudystów. Kilkanaście golasów i golasek cieszyło się słońcem i kąpielą w wodzie jak kryształ i nikt nie zauważył nieciekawej, "tekstylnej" postaci, wyglądającej spośród krzewów wilczego łyka. 
                                                             Roślinność wyspy
Ostrożnie wycofałam się do głównej drogi. Spacerowałam po lesie pełnym wysokopiennych sosen i rozczochranych, zielonych pinii, krzewów kolczastych, a wszystkie splątane, pachnące suchym igliwiem i ziołami, w miłym cieniu. 
                                                 Droga do plaży w zatoce

Poszłam na plażę dokąd zmierzali pojedynczy wędrowcy. Po chwili ujrzałam zatokę z dość rozległą "plażą", gdzie w brunatnej zwietrzelinie tkwiły tu i ówdzie kępy wyschniętej trawy i niewielkie kamienie.; nie bardzo miejsce nadawało się do rozłożenia np ręcznika czy materaca, ale to zależało od ewentualnego użytkownika miejsca. Ja wyszukałam sobie na "siedzisko" wygodny, gładki konar. 
                                                           Plaża w zatoce
                                                    "Na plaży fajnie jest!"

Do wody wchodzi się w specjalnych, gumowych pantoflach. W ostatniej chwili przed wyjazdem z Polski pożyczyłam takie "buty" wprawdzie trochę na mnie za duże ale "darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby". Bez nich nie dałoby się dojść do wody, ani w niej się poruszać. A woda była uuuummm...fantastyczna, lazurowo – turkusowa, co prawda nie "wrzątek" ale ostatecznie można było wytrzymać. Nie musiałam lepić plastrów na kręgosłupie w nocy. 
W słońcu grzały się bardzo odległe Góry Dynarskie, a bliżej małe wysepki, kołysały się też żaglówki. Zmieniłam plażę na półkowo – skalistą. 
                                                Zarośla w pobliżu plaży
                                      Plaża skalista. Połogie wychodnie skał
                                                           Plaża skalista

Była ciekawsza i ladniejsza krajobrazowo, a także było gdzie ułozyć ciało. 
Ubrałam znów moje "siedmiomilowe" buty i miałam odczucie, że "wjeżdżałam" do morza w rakietach śnieżnych, a przy odrobinie wyobraźni nawet w nartach skiturowych, lecz znów cieszyłam się kąpielą i widokami.
                                                      Tak też miło popływać
Potem była przechadzka po pachnącym lesie i seria głębokich oddechów, kawa w restauracji i...żegnaj, bezludna wysepko! Będę Cię zawsze miło wspominać.
                                                     Trasa spaceru przez las

Wypoczynek był udany; nie musiałam się wysilać na czytanie, konwersacje czy też niezbyt potrzebne rozmyślania; ale rozwiązałam krzyżówkę i przeprowadziłam dwie rozmowy z rodziną w Polsce. I o to chodziło. Potem był znów rejs po trasie Proizd – Vela Luka.
                                                        I już rejs powrotny


                                           REJS DO SPLITU

Autokarem podróżowałam przez wyspę Korculę. Zwiedziłam zabytkowe miasto Korcula - o czym potem, i odwiedziłam równie zabytkową winiarnię z początków XXw we wsi Smokvica.
                                                             Widok na Smokvicę

Osada ładnie usytuowana, przytulona do stoku wzgórza, wśród winnic, sadów i kwitnących krzewów. 
                                         Stare urządzenia do produkcji win

Obejrzałam stare oprzyrządowanie wytwórni win, coś niecoś dowiedziałam się o ich produkcji, po czym przeszliśmy do probierni, gdzie odbyła się degustacja trunków.
                                            Degustacja win i nalewek w winiarni

A było co próbować! Wybór win mógł zaspokoić nawet najbardziej wybrednych amatorów tej "złotej krwi słońca, którą lud prosty nazywa winem", jak powiedziałby szlachetny Petroniusz, rzymski poeta czasów Nerona, podobno świetny znawca win. 
I ja, w cichości ducha, wybrałam wino o delikatnym smaku i aromacie, wino – jakiego jeszcze nigdy nie smakowałam lecz cena tego "cudu"sztuki winiarskiej mogła powalić nawet wycieczkowego Krezusa. Tak więc pozostało mi tylko wspomnienie jego walorów. Nieco rozmarzona wracałam autokarem do Vela Luka spoglądając na radosną zieleń tutejszej roślinności pachnącej ziołami. Patrzyłam na różne odmiany sosen, dzikie oliwki i dęby korkowe, a w pobliżu gospodarstw znajdowałam oleandry, różne, także kwitnące kaktusy i passiflorę.
                                                                   Passiflora

Usłyszałam też pewną ciekawostkę, która mnie zadziwiła i nie bardzo mogłam w nią uwierzyć: podobno Korcula to jedyne w Europie miejsce, gdzie można spotkać... szakala!
O godz. 4 rano, kiedy ludzie zmieniają pozycję spania, w porze, kiedy raczej mogłabym powiedzieć "dobranoc" a nie "do widzenia", bye – bye! opuszczałam hotel wlokąc swój wycieczkowy dobytek za sobą do autokaru. 
Przebycie krótkiej drogi nie było zbyt przyjemne, gdyż wokół szalały błyskawice, grzmiało z każdej strony i tylko ulewy brakowało! Ale niebiosa czuwały nad męczennikami i burza srożyła się lecz "na sucho".
W pobliżu przystani trzeba było opuścić autokar, który ustawił się "w kolejce" do promu, którego jednak nawet widać nie było. 
                                        Kolejka samochodów do promu

Ale – wciąż byłam na Bałkanach, gdzie wszystko odbywa się "polako, polako" czyli bez niemądrego pośpiechu (powoli, powoli). Czas jednak płynął, niebo rozjaśniało się, gdy wreszcie przypłynął prom do Splitu. Otworzono "zapory" i powoli zaczęły do jego wielkiego wnętrza wjeżdżać różne pojazdy, nawet ciężarówka z badziewiem, jakiego dawno świat nie widział. 
                                                                  Trwa załadunek

Polako, polako załadunek się zakończył i światła Vela Luki zostały w oddali. Czekał mnie 3-godzinny rejs do Splitu. 
                                                     Prom do Splitu

Siedziałam w fotelu w salonie pasażerskim i gdy śpiochy dosypiały, spożywałam, co Pan Bóg dał, a kuchnia w hotelu przygotowała i zgrabnie zapakowała. 
                                           Pomieszczenie dla pasażerów

Gdy błysnęły promienie wyspanego, roześmianego słońca, należało wyruszyć przed siebie i zwiedzić prom, skoro taka okazja się nadarzyła.
                                           Przechadzka po pokładach statku

Przechadzając się po pokładach oglądałam morskie pejzaże, a chłodny wiatr pracował nad moim turystycznym uczesaniem. 
                                                                  Adriatyk
                                                        Spotkanie na morzu

Podczas tej wędrówki widziałam równie duży prom płynący ze Splitu na jakąś wyspę, a im bliżej było do portu przeznaczenia, tym takie spotkania były częstsze. 
Trudno było usiedzieć na miejscu, gdyż otoczenie – wyłaniające się z porannej mgiełki góry, wyspy, osiedla, piękne morze wraz z porannym, ożywczym wiatrem po prostu chłonęłam.
                                               Latarnia morska na wyspie
                                                    Za kolka chwil - Split

Tak upływały chwile tej morskiej podróży, aż ukazały się wieże katedry i potężne wycieczkowce cumujące u nabrzeży dużego portu w starym, rzymskim Spoletum czyli w Splicie.

                                                                                          Ewa Utracka
 fot. Ewa Utracka
       Maciek Utracki


sobota, 4 kwietnia 2020

MAŁA, PIEKNA SŁOWENIA; CIEKAWE MIEJSCA




 
           Stalagmit zwany "Brylant"- symbol Groty Postojnej i słoweńskiego krasu

       OSOBLIWOSCI JASKINI POSTOJNEJ

        W pogodne wrześniowe południe przekroczyłam "próg" Jaskini Postojnej.
Idąc korytarzem ubierałam swetr i polarową bluzę, gdyż miałam przebywać w wilgotnych, chłodnych korytarzach, gdzie temperatura nie przekracza 8 st. C. Znalazłam się w jaskini znanej i penetrowanej od wielu stuleci, położonej w lesistej, faliście ukształtowanej krainie "ginących" rzek i potoków, zapadającego się miejscami gruntu, pełnej grot w skałach i właśnie – jaskiń, a to wszystko jest twórczością wód rzecznych i opadowych, zjawiskiem opisanym po raz pierwszy 
w Słowenii jako "kras"(karst).
Po kilku minutach zajęłam miejsce w przystosowanej do oglądania jaskiniowego środowiska, elektrycznej kolejce. 
                                           Wejście do Jaskini Postojnej
                                                 Jaskiniowa kolejka elektryczna
Tę osobliwą, otwartą kolejkę uruchomiono w 1872r, a więc wcześniej niż światło z elektrowni rozjaśniło domy i ulice Lublany. Rozpoczęłam podróż po "drogach" podziemnego świata.Tour guide "powiedział" mi, że w okolicy miejscowości Postojna jest 24 km takich podziemnych korytarzy i sal udostępnionych turystom już w początkach XIXw.
Jaskinię pracowicie wyrzeźbiła w kompleksach wapienno-dolomitycznych skał rzeka Pivka, dopływ Lublanicy. Kolejka jechała starym korytem Pivki, tędy bowiem wiodła oświetlona elektrycznie trasa turystyczna. 
                                            Elektryczne oświetlenie jaskini
                                    Ściany jaskini i tory trasy powrotnej
                                               Podróż w podziemny świat
Dzięki temu można było oglądać zaskakujące wyobraźnię niejednego turysty naciekowe formy skalne w korytarzach i salach, z których każda miała swoją nazwę. Ich ściany i stropy ozdabiały zwisające, ostre "sople"- czyli stalaktyty; instynktownie schylałam się – zresztą niepotrzebnie, pod skalnymi kurtynami. 
                                                 Ponad głowami stalaktyty
                            Obok trasy kolejki, z podłoża "wyrastają" stalagmity
                                   Formy naciekowe; stalaktyty i stalagmity
Z ciekawością patrzyłam na stalagmity "wyrastające" z podłoża, wysokie "kolumny "- stalagnaty powstałe z połączenia uprzednio wspomnianych nacieków, kawerny w ścianach, a pod nimi leżały oderwane "okruchy" skał i głazy, wszystko w nieoczekiwanych kolorach: beżowo-żółto–pomarańczowych, szaro-białych i "jasno-różowawo-czerwonawych"; można było też posłuchać dobiegającego z głębin, z oddali, szumu rzeki.

                         Kolumny czyli stalagnaty i sople u stropu czyli stalaktyty 

Wysiadłam z kolejki, którą przebyłam ok. 2 km trasy do miejsca, gdzie po przejściu korytarzem łączącym sale zobaczyłam ukrytą w podziemiach górę, a może i góry... Pomimo oświetlenia jaskini wokół panował półmrok. 
Znajdowałam się w wielkiej sali, gdzie były dobrze widoczne najbliższe i najciekawsze formy naciekowe.

                                                   Fantazyjny stalagmit
                                               Wędrówka podziemną trasą
To była najpiękniejsza, wręcz fantastyczna część Jaskini Postojnej. 
Teraz poruszałam się betonową, obarierowaną drogą pod górę. 
Szłam przez jakiś nierzeczywisty w moim odczuciu świat, wśród wapiennych kolumn oraz dziwacznie ukształtowanych stalagmitów. Podczas wędrówki towarzyszyły mi myśli mające źródło w niegdysiejszych wykładach z geologii, ale to było w jakimś innym "matrixie". Geolodzy prowadzący badania i obserwacje wydedukowali, że nacieki tutejsze "rosną" średnio z prędkością 1mm /10lat. Takie tempo przyrostu badacze przyjęli uwzględniając warunki środowiskowe w różnych miejscach jaskini.

                                            Kolumna zwana Drapacz Chmur
Przeszłam obok stalagnata nazwanego Drapaczem Chmur liczącego sobie 150000 lat i 16m wysokości. Wiek Jaskini Postojnej szacuje się na 3mln lat – wtedy zaczęła się ona tworzyć w wapiennych skałach z początków ery kenozoicznej.

                                                            Stalagnat
W rozległej, wysokiej sali Drapacz Chmur nie był jedynym gigantem. 
Podchodziłam pod Wielką Górę pośród lasu śnieżnobiałych stalagmitów, a ów bajkowy las pokrywał sporą powierzchnię zbocza.

                                                        Stalaktyty u stropu
                                      Stalagmity przy drodze pod Wielką Górę
                                           
                                        Stalagmity "rosnące" na Wielkiej Górze
                                                         Las stalagmitów
                                                    Kolumna z naciekami
                                                         Las stalagmitów
                                                           Las stalagmitów

Z wierzchołka Wielkiej Góry podziwiałam jeden z najbardziej niezwykłych widoków podziemnego świata. Po drugiej stronie drogi leżały różnej wielkości bloki skalne – relikty dawnego stropu, który runął podczas któregoś trzęsienia Ziemi. W półmroku można było zauważyć, jak na tych pozostałościach poprzedniej jaskini "narastają" nowe formacje naciekowe stając się elementem wyjątkowego "krajobrazu".

                                                     Fantazyjny stalagmit
                                              Bajkowe formy nacieków
                                        Krajobrazy przy zejściu z Wielkiej Góry
Na zawsze zapamiętałam niesamowite w półmroku Giganty – wielkie, kolorowe nacieki wznoszące się ku stropowi jaskini. Schodziłam w dół w chłodzie i wilgoci, na co nie zwracałam uwagi lecz "przypominał" o tym aparat fotograficzny.

                                                     Gigantyczne nacieki
                                                         Formy naciekowe
                                                   Kurtyny i stalaktyty
Jeszcze zakręt a przy nim tablica info. Wędrowałam słysząc szum wciąż "pracującej "rzeki, a szlak poprowadził mnie przez Rosyjski Most.

                                                Kurtyna i "sople" nad głową
                                       Kurtyna, stalaktyty i Rosyjski Most
                                             Kolory form naciekowych
                                                 Droga przez kolejną salę
                                                  Oświetlone ciekawe miejsce
                                                        Rosyjski Most

 Przez Brylantowe przejście doszłam do miejsca, gdzie w błyszczał 5-ciometrowy, oryginalnie uformowany, śnieżnobiały stalagmit zwany Brylantem. To symbol i osobliwość Jaskini Postojnej i słoweńskiego krasu. 
Idąc dalej korytarzami, przez przejścia doszłam do bogato ozdobionej rozmaitymi "soplami" stalaktytów i barwnymi "naciekami" na ścianach sali zwanej Koncertową.

                                                 Piękna Sala Koncertowa
                                                 Wielki stalaktyt u stropu Sali

To największa grota w Jaskini Postojnej. Odbywają się tu okazjonalne koncerty muzyczne; może ona pomieścić nawet ok. 4000 słuchaczy.

                                                       W sali Koncertowej
W zaciemnionym miejscu tej sali, w basenie wypełnionym wodą, piaskiem, żwirem i kamykami ujrzałam najdziwniejsze stworzenie zwane "odmieńcem jaskiniowym" lub "ludzką rybką".
Po krótkiej chwili ujrzałam w całości to cudaczne zwierzę: to był płaz, bezoki,
o dość długim(25 – 30cm), wężowym tułowiu. Jego skóra blada, o jasnym, różowawym odcieniu, wydawała się wprost przeźroczysta. Stworzenie posiadało cztery krótkie kończyny; przednie były zakończone 3-ma palcami, a tylne 2-ma. 
Płaz poruszał się żwawo, wijąc się jak wąż i pomagając sobie kończynami.
Basen z odmieńcami znajdował się w ciemnym miejscu sali, a ja oglądając tę zoologiczną osobliwość walczyłam z chęcią sfotografowania choćby jednego, jedynego... Ale – nie wolno! Przeczytałam, że to "gatunek endemiczny", to znaczy spotykany tylko w zagłębieniach wypełnionych wodą niektórych grot na obszarze słoweńskiego krasu; tu go znaleziono, opisano i tu się go obserwuje. 
Zauważono, że zwierzę może się orientować w środowisku, gdyż w jego skórze są "receptory", dzięki którym lokalizuje swoje "posiłki", a więc to drapieżnik! 
Jego skóra ma być podobno wrażliwa na światło np. fleszów. 
Po przyswojeniu sobie tej wiedzy pogodziłam się z tym, że nie będę mieć jego fotki. Przeczytałam na tablicy, że bez pożywienia odmieniec jaskiniowy może przeżyć nawet 10 lat! Przed kilku laty zaobserwowano w basenie, jak pani "odmieńcowa" składała jaja, z których wylęgały się młode i tak "życie prywatne" tych dziwnych płazów przestało być tajemnicą. Jak długo żyją? Przyjmuje się, że najstarsze osobniki dożywają nawet 100 lat, a więc posiliły się jedynie 10 razy w swoim życiu!
Cała wiedza o tej "ludzkiej rybce" może mieć posmak niezwykłości, tajemnicy, wręcz baśni. Pewnie jakiś śmiałek czy po prostu ktoś mający coś "za uszami", wiele pokoleń temu penetrując jaskinie w terenie dziś określanym jako "krasowy" mógł zobaczyć takiego wyblakłego płaza i stwierdzić, że to może być "młode" smoka żyjącego w głębi takiej tajemniczej jaskini. 
Stąd powstawały opowieści o "strasznych smokach" słoweńskich. 
Czasy bliższe nam uznały, że na tą "tajemniczość" złożyły się warunki krasowej jaskini – ciemność, stała niska temperatura, środowisko życia powodujące długie okresy braku jedzenia.
Właśnie te warunki uczyniły z odmieńca jaskiniowego "mistrza przetrwania", zaś jego cechy osobnicze sprawiają, że dziś stał się reliktem dawno minionych epok.
W tej wielkiej sali znajdował się także sklep z bogatą ekspozycją pamiątek takich, 
jak kolorowe "kawałki" skał, minerałów, a także różnej wielkości "pluszaki"w formie odmieńca jaskiniowego.
Niewątpliwą osobliwością Jaskini Postojnej jest najstarszy, podziemny urząd pocztowy, pamiętający czasy Najjaśniejszego Pana, cesarza Franciszka Józefa I Habsburga, mieszczący się również w tej sali.
Ta do dziś jedyna na świecie, podziemna poczta działa od 1899r, czyli od czasów,
gdy Słowenia była jeszcze częścią Imperium Austro-Węgierskiego.
Nasi podróżujący w celach turystycznych antenaci kupowali tutaj popularne wówczas kartki pocztowe, ówczesne widokówki, oryginalne dla tej poczty znaczki, pisali "Serdeczne pozdrowienia z..." poniżej PODPISi i wysyłali te dowody odwagi i fantazji bliskim, często wybrankom serca i przyjaciołom, że odwiedzili tak niezwykle CIEKAWE MIEJSCE. I to było COŚ!
Tymczasem ja, już po południu poszłam na końcowy przystanek jaskiniowej kolejki; 

                  Wyjście z podziemnego, fascynującego świata Jaskini Postojnej 

jeszcze kilkanaście minut podróży przez ten podziemny, niesamowity, aż nierealny świat i...przeszłam w inną - ciepłą, bardzo zieloną, czasem trochę nudną, lecz znaną, codzienną rzeczywistość.


                                                                                            Ewa Utracka
  fot. Ewa Utracka