piątek, 3 czerwca 2016

MACEDONIA




   
                          Ochryda (gr. Lychnidos) - Miasto Światła, perła Bałkanów




                   OCHRYDA – MIASTO ŚWIATŁA



       Późnym popołudniem stanęłam na brzegu wielkiego jeziora i zobaczyłam bajkowy krajobraz: u stóp górskiego pasma Galiczica lśniła słonecznym blaskiem powierzchnia wód przy brzegu ozdobionych zielonymi zaroślami. „Schodząc ze wzgórza” do jeziora stare miasto przeglądało się w nim jak w zwierciadle. 
Taką ujrzałam Ochrydę – położoną na stoku wzgórza, ozdobionego zębatym murem twierdzy cara Samuela czyli starożytne, greckie Lychnidos – Miasto Światła.

Na kartach historii pojawiło się za sprawą króla Filipa II zwanego Macedońskim, prowadzącego wojny, zdobywającego nowe terytoria, a także koligacącego się z plemionami Ilirów zamieszkującymi górskie doliny Bałkanów. Tak powstawało królestwo Macedonii, które położyło kres wolności greckim polis – państwom – miastom w bitwie pod Cheroneą (338r pne), zaś w kulturze i sztuce greckiej wciąż wszechwładnej zapoczątkowało okres hellenistyczny. 
W tym okresie, w II w pne zbudowano w Lychnidos amfiteatr „czynny” do dnia dzisiejszego. 



Upłynęło parę dziesiątków lat; góry, słońce i miasto wciąż przeglądały się w wodach jeziora, a rzymskie legiony maszerowały wzdłuż Via Appia do portu w Brundyzjum, pokonały cieśninę Otranto, wylądowały pod Dyrrachium( dziś alb. Durres) i piędź po piędzi zdobywały Macedonię i sąsiednie kraje. Ok. 130r pne Rzymianie zbudowali Via Egnatia – „przedłużenie” Via Appia, łącząc tym samym Rzym – ośrodek wszelkiej władzy z Konstantynopolem, późniejszym Bizancjum.


Lychnidos leżąc na tym szlaku było miastem zamożnym. Obywatele miasta oraz Rzymianie zawsze ceniący siłę fizyczną, szermierkę i inne widowiskowe sztuki walki, także komedię, pantomimę, muzykę czyli widowiska teatralne na pewno licznie odwiedzali teatr. Dziś w ramach festiwalu „Lato Ochrydzkie” odbywają się tu koncerty, występy zespołów folklorystycznych i różne inne widowiska; hellenistyczny teatr ”odmłodniał” i dalej pełni swoją kulturalną funkcję

Z panowaniem cesarza Konstantyna skończyły się prześladowania chrześcijan w Imperium Romanum.

W Ochrydzie na wzgórzu Plaosznik dziś oglądamy pozostałości chrześcijańskich kościołów i katedr z IV – V w ne zniszczonych wraz z całym miastem nie tylko przez upływający czas i wojny lecz także przez trzęsienia Ziemi, a szczególnie to z początku VIw ne, które unicestwiło pobliską Heracleę Lyncestis.


                               
Relikty kościoła, w tle katedra  


                                                                                                                                                                                                       
                      Chrzcielnica; posadzka mozaikowa                             



                                                                                                                   
 Ochryda na rozkaz cesarza Justyniana z Bizancjum została szybko odbudowana była potrzebna jako centrum administracji państwowej i kościelnej w Ilirii – prowincji cesarstwa bizantyjskiego. Zabudowa miasta Południa wkomponowana w krajobraz górski oraz imponujące świątynie nad błękitnym jeziorem i otaczająca je bujna roślinność prezentowały się wspaniale. „Oh, rid!”(Och, wzgórze!) – wyrwało się zadziwionym widokiem Słowianom przybywającym z daleka, w II poł. VIw ne z zamiarem osiedlenia się. W ciągu mijających lat wtopili się w miejscową ludność przyjmując jej religię, zwyczaje i zmagając się z nie zawsze przyjaznymi sąsiadami oraz z Cesarstwem Bizantyjskim.
Z macedońskiego, zamieszkałego przez Słowian i przez bizantyjskich Greków Sołunia czyli Salonik, w połowie IXw z polecenia cesarza bizantyjskiego, za wiedzą i aprobatą papieża i na zaproszenie wielkomorawskiego księcia Rościsława wyruszyli Cyryl i Metody - Bracia Sołuńscy ze swoimi uczniami – Klimentem(Klemensem), Naumem, Sawą i kilku innymi na Północ. Mieli zanieść Dobrą Nowinę w karpackie krainy i nad Dunaj i nauczać tamtejszych Słowian prawd wiary i pisma w ich własnym, słowiańskim języku. 



         Bracia Sołuńscy ( Sołuń to dawne Saloniki) - Apostołowie Słowiańszczyzny

 
    
                            Patroni Miasta - św. Kliment Ochrydzki i św.Naum Ochrydzki                                                                                            

Za sprawą Apostołów Słowiańszczyzny Rościsław, którego wpływy sięgały aż do państwa Wiślan po północnej stronie Karpat, wraz z poddanymi przyjęli chrzest.
Po wielu latach prac misyjnych wskutek niezadowolenia i zawiści biskupów bawarskich ze sprawowania liturgii w języku słowiańskim papiescy wysłannicy zostali wygnani z Moraw i powrócili na Bałkany. Kliment nad jeziorem Ochrydzkim wybudował dwie świątynie i klasztory; przy cerkwi św. Pantelejmona utworzył Ochrydzką Szkołę Piśmienniczą, która kształciła teologów, kapłanów, tłumaczy i kopistów pism oraz nauczycieli alfabetu staro – cerkiewno – słowiańskiego czyli głagolicy. To był pierwszy w Europie słowiański uniwersytet, po którym dziś nie pozostał żaden ślad, jak również po wielu pismach i tłumaczeniach Ewangelii przy użyciu tegoż alfabetu, które tam powstawały, o co postarali się Grecy w latach upadku znaczenia Ochrydy, w czasach panowania Turków osmańskich.

  
                   
                                   Wzgórze Plaosznik; cerkiew św.Pantelejmona



                             Ikonostas
                                                                        
                                                             Grób św.Klimenta                                                                                        
Jednak w odległym o półtora tysiąca kilometrów Krakowie, w Bibliotece Jagiellońskiej znajdują się dwa dokumenty – niekompletne, pochodzące z czasów królowej Jadwigi i króla Władysława Jagiełły napisane ok.1390r głagolicą, co nam, ludziom XXIw daje wiele do myślenia. W 2003r cerkiew św.Pantelejmona została odbudowana, a trumna ze szczątkami św.Klimenta, pierwszego słowiańskiego biskupa i patrona Ochrydy po 500 latach została w przygotowanym sarkofagu ponownie umieszczona. Obecnie w pobliżu tej cerkwi podjęto prace budowlane nad odtworzeniem kompleksu uniwersyteckiego, kontynuując tym samym starą tradycję.

   

                                                    


Wzgórze Plaosznik to prawdziwy raj dla archeologów wydobywających z ziemi fragmenty kolumn, posągów, różne przedmioty, odsłaniających fundamenty budowli zniszczonych przez ludzi, naturę i nieubłagany czas i fragmenty posadzek pokrytych mozaikami z okresu wczesnochrześcijańskiego.

Szłam ścieżką przez las w stronę klifowego brzegu opadającego do jeziora. Na skalnym cyplu „przycupnęła” niewielka cerkiew św. Iovana Teologa z Kaneo sprzed 1447r. To malownicze, romantyczne miejsce od wieków jest tematem szkiców, rytów, obrazów, kartek pocztowych i fotografii.

                

                                     Cerkiew św. Jana Teologa z Kaneo (poł.XVw.)

  

                  Cerkiew na skalnym cyplu i przystań

                                                                        
                                           

                                                                      Plaosznik opada klifem do jeziora

 U jego stóp jest przystań, skąd łodzią popłynęłam do przystani w centrum Ochrydy. Płynąc oglądałam wspaniałe widoki na tę cerkiew i na Stare Miasto na wzgórzu. Wysiadłam z łódki na przystani w centrum miasta i ujrzałam na pobliskim skwerze pomniki patronów Ochrydy: św. Klimenta Ochrydzkiego trzymającego na ręku oddane mu w opiekę miasto i św. Nauma Ochrydzkiego, który poza miastem zbudował klasztor i piękną cerkiew. Obiekty swoją architekturą przypominają, że przybył on ze starej stolicy państwa bułgarskiego więc zadbał o nadanie im cech bizantyjskich tworząc istniejące do dziś sanktuarium – miejsce, do którego zdążają pielgrzymi.


                                             Kościół i meczet; deptak w Ochrydzie
                            





Zanurzyłam się starą Ochrydę, której zabytki, głównie sakralne, pamiętają wczesne średniowiecze. Przechadzałam się wąskimi uliczkami, napotkałam fragmenty miejskich murów obronnych, a w ich pobliżu dwie małe, średniowieczne cerkwie tzw. bolnickie (bolnica – szpital) – po jednej stronie drogi cerkiew św.Bogarodzicy, po drugiej zaś św.Mikołaja. 

  

                                                             
                   
                                                         Fragment murów obronnych miasta 

   

                Cerkiew Matki Bożej Bolnickiej
                                         
                               
                                                                   Cerkiew św.Mikołaja, vis a vis'

Przed stuleciami, by bronić się przed epidemiami osoby pragnące dostać się do miasta – kupcy, podróżni, posłowie, pielgrzymi musieli poddać się oględzinom medyków sprawdzających stan ich zdrowia. Najmniejsze podejrzenie choroby i w pomieszczeniach u bram miasta odbywało się kwarantannę.

 Zagłębiłam się w historię uroczego miasta wstępując do wytwórni papieru ręcznie czerpanego. Pracownik prezentował turystom kolejne czynności przy pozyskiwaniu papieru takie same, jak wykonywane tysiąc lat temu; papier był bowiem artykułem niezbędnym w Ochrydzkiej Szkole Piśmienniczej. Na ścianach niewielkiego pomieszczenia, w którym oglądałam ten proces wyeksponowano powstałe w tradycyjny sposób kopie ikony, pisma i pejzaże.


                                                                                                          


            

                                                          
                              

 

                                                         
                          
                                                          Ręczne czerpanie papieru w Średniowieczu
                                                            
Cienista ulica doprowadziła mnie do soboru św.Zofii, najważniejszego zabytku Ochrydy i Macedonii. Powstanie jej datuje się na początek XIw czyli okres panowania bułgarskiego cara Samuela; w tym też czasie stolica państwa cara została przeniesiona z pobliskiej Prespy do Ochrydy. 

      

                                                          Sobór św.Zofii




                                         
                                          Widok na najstarszą cerkiew w mieście
             
                                                                                                                                        
Miasto stało się także siedzibą patriarchy. Do dziś świątynia posiada wspaniałą akustykę, o czym mogą przekonać się miłośnicy starych chorałów cerkiewnych i dawnej muzyki. Ściany i strop pokrywają freski (XI – XIIIw). W architekturze cerkwi św.Zofii wyróżnia się wielki portyk, spotyka się i inne motywy bizantyjskie. Wielka szkoda, że nie wolno fotografować wnętrz tutejszych świątyń; jakże trudno trzymając w ręce aparat fotograficzny nie robić z niego użytku w tak niezwykłych miejscach! I dalej wędrowałam krętymi uliczkami. 

   
                       Wśród domów - ruina
                                                                    
                                                               

                                                                                              Kaplica św.Barbary

Znajdowałam domy o cechach tureckich; niektóre domy wyglądały na odnawiane, inne wręcz rozsypywały się grożąc zawaleniem; bowiem zgodnie z obowiązującą tu tradycją - jeśli dany obiekt całkiem się rozpadnie, to wtedy dopiero można „bałagan” uprzątnąć, a działkę na nowo zabudować. Idąc dalej minęłam niewielką kaplicę św. Barbary.
Stroma droga zawiodła mnie do zespołu cerkiewno – klasztornego i muzealnego św.Bogarodzicy Perivlepta; z daleka było widać jedną z jego wież. Przez masywną bramę w kamiennych murach opasujących zespół wymienionych obiektów weszłam ponownie w bałkańskie Średniowiecze (cerkiew wzniesiono w 1295r).

  

                                                Górna brama miejska

  
         Ruiny starych zabudowań sakralnych

                                                                                             

  
                                             





Aktualnie wnętrze świątyni było odnawiane, ale coś niecoś dało się obejrzeć, podglądnąć. Ściany i wnętrza kopuł pokrywały freski z dzieciństwa i życia Maryji Bogarodzicy, Chrystusa, wizerunki Archaniołów, np. Archanioła Michała w kolczudze i hełmie, z rozpostartymi skrzydłami, z mieczem, w krótkiej szacie i wysokich butach, Apostołów, świętych i wybitnych duchownych tutejszej Cerkwi Prawosławnej; wskazano miejsce, gdzie odświeżano interesujące malowidło przedstawiające Chrystusa wstępującego po drabinie na krzyż. Muszę przyznać, że widok był – nie tylko dla mnie - szokujący. Niezmiernie rzadkim motywem w ikonografii jest przedstawienie Matki Bożej w otoczeniu kobiet z Jej rodziny kąpiącej Dzieciątko – widziałam takie malowidło w drewnianej XVII – wiecznej cerkwi w Borsa (Rumunia) i w pobliskiej miejscowości Kaliszta w cerkwi Najświętszej Bogarodzicy , ale takie przedstawienie finału Męki Pańskiej widziałam po raz pierwszy i pierwsza refleksja – ofiara z życia Jezusowego musiała być dobrowolna – chyba o takie odczytanie treści fresku twórcy chodziło. Jak się dowiedzieliśmy, cerkiew św.Bogarodzicy Perivlepta była w czasach panowania tureckiego jedyną czynną świątynią chrześcijańską nie zamienioną na meczet czy np. magazyn. To tu przeniesiono szczątki św.Klimenta Ochrydzkiego, naczynia liturgiczne, księgi, pisma tkaniny i hafty. W pobliżu znajduje się muzeum ikon, najważniejsze i najbogatsze na Bałkanach oraz cerkiew św.Dymitra.

   

                                                  Mury zamku cara Samuela

Wyszłam poza bramę okręgu świątynnego; przede mną roztoczyły się wspaniałe widoki na świetliste jezioro okolone górami, na stare miasto z wieżą zegarową i minaretem, „drzemiące” w południowym słońcu na stokach wzgórza Ohrid ozdobionego murami twierdzy Samuela. Według miejscowych podań car oczekiwał swoich żołnierzy wracających z pola bitwy, która rozpoczęła się nad rzeką Strumą, zażarte walki toczyły się w wąwozach gór Belasica i zakończyły klęską Bułgarów. Działo się to 29 lipca 1014r. Ok. 15 000 wojowników dostało się do niewoli bizantyjskiej. I ujrzał nieszczęsny car Samuel, jak drogami i ścieżkami przez górskie przełęcze szli wojownicy pokrwawieni, w łachmanach, zwisały resztki zbroji, a każdy z nich miał obciętą prawą rękę, wlókł się, bo pozbawiono go oczu; tylko co setnemu biedakowi oprawcy zostawili jedno oko, by mógł prowadzić oślepionych, okaleczonych towarzyszy. Długo szły te krwawe szeregi wojska ślepców ku twierdzy.

Car Samuel nie zniósł widoku tak niebywałego okrucieństwa Greków bizantyjskich – rażony apopleksją upadł, a po dwóch dniach zmarł. Bizantyjski cesarz Bazyli zwany odtąd Bułgarobójcą triumfował. Odzyskał zagarnięte w uprzednich wojnach terytoria. Pozostała jednak pamięć strasznego okaleczenia nieszczęsnych jeńców spod Belasicy, na zawsze skalane wyszukanym okrucieństwem imię cesarza oraz twierdza pamiętająca te wydarzenia. Do dziś przetrwały mury i strażnica - odnowione, stanowiące świetny punkt widokowy na okolicę. Ustawiono ławki dla wygody i odpoczynku wielbicieli niezwykłych pejzaży, do których i siebie zaliczam, słuchających opowieści, podań o wydarzeniach sprzed tysiąclecia. Mogłam do woli cieszyć oczy widokiem starego miasta wciąż tak pełnego życia nad rozświetlonym jeziorem w śródgórskiej kotlinie.

Z góry zeszłam uroczymi uliczkami ochrydzkiej starówki w stronę ruchliwego deptaku, pełnego eleganckich butików, sklepików z pamiątkami i biżuterią; tu wypada wspomnieć o „perłach ochrydzkich”, których tajemnicę wytwarzania zachowały dwie rodziny. Miłośniczka biżuterii może nabyć np. wisiorek lub kolczyki z odpowiednim certyfikatem. Niektóre domy przy deptaku zachowały cechy tureckie w swoim wyglądzie; można wejść do meczetu, odwiedzić stary bazar. Po drugiej stronie ulicy wznosi się cerkiew z wieżą, księgarnie, pensjonaty i pamiątki, pamiątki i kawiarenki, gdzie potrzebujący kofeiny mogą uzupełnić jej brak w postaci kawy „po makedonsku” i spokojnie funkcjonować nadal. U wylotu deptaka jest fontanna, wiekowy platan, miła kawiarenka i piękny widok na starówkę oraz skwer, gdzie oprócz pomników patronów Ochrydy czuwają Bracia Sołuńscy – wspólny pomnik Cyryla i Metodego, Apostołów Słowiańszczyzny, patrzących w dal, w świetliste jezioro.


                      Przystań w centrum Ochrydy
      
                         

                                                           Posąg chrześcijańskiego zawodnika

Tu zakończyłam moją przechadzkę po Ochrydzie, mieście, jakiego jeszcze nie widziałam, podziwiając wysokiej klasy pamiątki przeszłości i zrozumiałam, dlaczego mówiło się niegdyś i mówi do dziś o niej „miasto Światła”: leży nad jeziorem – zwierciadłem nieba i słońca Południa, jest pełna światła wiedzy i mądrości bogatej historii, która pomaga zrozumieć także dzisiejszą rzeczywistość, emanuje z niej światło wiary, tożsamości i języka wspólnego dla krajów słowiańskich, przechowanej przez wieki panowania tureckiego w okolicznych cerkwiach i klasztorach, dziś życzliwie przyjmujących turystów. Pozostało mi tylko życzyć Macedończykom, by Europa i świat doceniły ich wkład w kulturę i historię, jeszcze wciąż nieskażone piękno przyrody ich kraju, smak wina i kuchni, tańca i pieśni, a wszystko to jest naprawdę – wyjątkowe… Z pobliskiej przystani popłynęłam statkiem wycieczkowym odwiedzać inne ciekawe miejsca i zabytki na brzegach jeziora Ochrydzkiego.



                                                                                                                Ewa Utracka  

                                                         
                      

   fot. Ewa Utracka





  Copyright by Ewa Utracka; dotyczy wszystkich tekstów i zdjęć na tym blogu 





                                                                                                                       

niedziela, 15 maja 2016

WSPOMNIENIE Z ITALII



         



                 Polski cmentarz na Monte Cassino; w tle klasztor i czerwone maki 



       BITWA  O  MONTE  CASSINO


Moje spojrzenie na bitwę o Monte Cassino po ponad siedemdziesięciu latach, udział Polaków w tej bitwie i ich szczególna motywacja do walki.


Monte Cassino. Ziemia, miasto, wzgórze porośnięte lasem, pokryte łąkami, tak odległe od Polski, a jednocześnie tak nam bliskie i to od zarania naszej państwowości.
Stamtąd za czasów pierwszych Piastów przybywali mnisi św.Benedykta, krzewiciele chrześcijaństwa, służący panującemu i zwykłym ludziom wiedzą, znajomością języków, pisma, prawa, umiejętnością nawiązywania kontaktów z Rzymem – sercem Kościoła i władzy imperialnej. Nie sposób nie docenić ich wkładu w kształtowanie młodego, prężnego państwa, które wkraczało do ówczesnej Europy.

Po wielu latach po raz drugi odwiedziłam wspaniałe opactwo benedyktyńskie istniejące już od półtora tysiąca lat. 
To czcigodne miejsce jest Mekką tysięcy ludzi, którzy je odwiedzają jako turyści i pielgrzymi, z różnych krajów świata, różnych ras i narodowości; jest miejscem spotkań po latach, miejscem wspomnień z lat najokrutniejszej z wojen, z walk, które tędy się przetoczyły.
Podziwiałam piękno i elegancję bazyliki, dostojeństwo sanktuarium św.Benedykta i jego siostry – bliźniaczki, św.Scholastyki.
Monumentalne schody, dziedzińce o wyglądzie dostojnym, krużganki, kolumny korynckie i fontanna, łuki arkadowe – stanowią godne wprowadzenie do ogromnego zespołu architektonicznego, do pamiątek historii, które przechowuje opactwo.

Patrzyłam na miasto Cassino u stóp wzgórza klasztornego, na dolinę rzeki Liri, na pasmo wzgórz i Monte Calvario z pomnikiem poległych tu Polaków; poniżej polski cmentarz wojskowy – właściwy cel pielgrzymek naszych rodaków z całego świata, miejsce poszukiwań bliskich, wspomnień, pieśni, modlitw, łez wzruszenia „…Ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd…”, a w tle Monte Cairo (ok.1690m npm.), pasma Apeninów, chmury…
Drogą wśród wysokich, brodatych świerków, takich, jak te polskie, tatrzańskie „smreki”, szłam odwiedzić naszych żołnierzy śpiących snem wiecznym.
Przy wejściu witają przybyszów dwa orły o skrzydłach wzniesionych jak skrzydła u ramion husarza.

W atmosferze ciszy pojawia się zaduma, smutek, bolesny ucisk w gardle i choć minęło ponad pół wieku, to przecież tak niedawno! Tylu naszych tu spoczywa, wielu z nich tak młodych, żołnierzy II Korpusu Polskiego, głównie z Kresów Wschodnich.
Czy naprawdę musiało dojść do tej tak uporczywej, trwającej pięć miesięcy serii bitew, krwawych, bo straty przekroczyły 200 000
zabitych, rannych i zaginionych właśnie w tym rejonie Italii?

Po wylądowaniu Aliantów na Sycylii we wrześniu 1943r. powstał nowy front. Niemcy musieli wesprzeć Włochów, bo alianci parli na północ. Myśleli i wymyślili: środek włoskiego „buta” to Apeniny, wysokie, lesiste, przepaściste, trudno dostępne komunikacyjnie. 
Aby odciąć Rzym i północne Włochy należy zbudować pas umocnień
obejmujący Monte Cassino i sąsiednie wzgórza. 
W sposób doskonały, przemyślany ufortyfikowano je tworząc tzw. linię Gustawa, a następnie obsadzono młodymi, świetnie przygotowanymi do walk w terenach górskich spadochroniarzami, artylerią, gniazdami
nowoczesnych karabinów maszynowych.
W ten sposób, w czasie, gdy alianci zajmowali południe Włoch, droga na Rzym została zamknięta. 

Począwszy od stycznia 1944r. podejmowano próby zdobycia wzgórza Monte Cassino. Rozpoczęli je Amerykanie; ponieśli ogromne straty. Gurkhowie atakowali klasztor – nie doszli. 
Podobnie Maorysi z Nowej Zelandii.
W połowie lutego 1944r. lotnictwo amerykańskie zbombardowało klasztor i kościół; jednocześnie miał miejsce ostrzał ciężkiej artylerii brytyjskiej. Opactwo obrócono w gruzy, ruiny i zgliszcza. 
Skutek tych działań był taki, że niemieccy spadochroniarze
natychmiast wykorzystali podziemia, lochy, piwnice jako kazamaty, do obrony.
Mniej więcej w tym samym czasie, aby odciągnąć siły niemieckie z linii Gustawa i ułatwić jej przełamanie, miał miejsce amerykański desant pod Anzio; niestety, został skutecznie zatrzymany; obejście linii Gustawa nie powiodło się.
Jednak Hindusom udało się wedrzeć głęboko w góry, zachodząc klasztor od tyłu. Po zaciekłych walkach zostali wyparci przez Niemców, ponosząc ciężkie straty.

W tym czasie, z początkiem 1944r. II Korpus Polski, dobrze przygotowany, także do walk w górach, gdyż żołnierzy szkolono w górach Kurdystanu w północnym Iraku, dobrze wyposażony, dowodzony przez generała Władysława Andersa wszedł w skład
brytyjskiej 8 Armii. 
Kolejny, trzeci atak na wzgórze Monte Cassino przyniósł zdobycie ruin miasta Cassino przez Nowozelandczyków, a Hindusom – Gurkhom i Nepalczykom w bezpośrednim ataku na zrujnowane doszczętnie klasztorne wzgórze udało się dotrzeć na odległość ok.200m od pozostałości klasztoru, lecz zdobytych pozycji nie udało się im
utrzymać. Ofiary, całe tysiące ofiar…ale nie bezsensowne, bezskuteczne…
Aliantom udało się osłabić nie tylko umocnienia, lecz przede wszystkim morale oddziałów niemieckich i ich liczebność.

Dowództwo alianckie wyszło z propozycją, że kolejną próbę ataku na Monte Cassino podejmą Polacy; ale to dowódca II Korpusu Polskiego, gen.Władysław Anders miał zadecydować, czy podejmie się tego zadania – z uwagi na przewidywane wysokie straty i czy woli poprowadzić natarcie w dolinie rzeki Liri czy przez góry.
Zdecydował się podjąć próbę zdobycia klasztoru nacierając przez góry.
Gen. Anders doskonale zdawał sobie sprawę z trudności zadania; wiedział, że zdobycie Monte Cassino i udział w otwarciu drogi na Rzym przyniesie polskim żołnierzom chwałę i rozgłos na świecie.

Po dotychczasowych próbach przełamania tego najsilniej bronionego przez Niemców odcinka z klasztorem i otaczającymi go wzgórzami i masywem górskim zadanie było niezwykle trudne choćby z uwagi na fakt, że klasztor zaczynano uważać za twierdzę nie do zdobycia.
Zdobycie tak istotnego punktu strategicznego, zadania – kto wie?może jednego z najtrudniejszych w tej wojnie pomóc wzmocnić pozycję Polski wśród aliantów, wobec postanowień konferencji w Teheranie 
(28.XI – 1.XII.1943r). Wierząc w to i znając swój autorytet wśród żołnierzy uspokajał ich, a po trosze i siebie, że alianci nie pozwolą skrzywdzić Polski. W tym miejscu nadmieniam, że jedno z postanowień tej konferencji dotyczyło przebiegu naszej powojennej wschodniej granicy, a w II Korpusie służyli przede wszystkim kresowiacy. Żołnierze nasi przyjęli udział w tej bitwie z wiarą, że wywalczą sobie drogę do Ojczyzny, do domu… 

11 maja 1944r. o godz.23 potężny ostrzał artyleryjski ciężkich dział brytyjskich poprzedził polskie natarcie.
Walczono z uporem, zaciekle, z pełnym poświęceniem, z wiarą, że to pomoże wrócić do kraju, do rodziny… Szli przez zaminowane górskie ścieżki, atakowali sąsiednie wzgórza.
Ataki odparto, straty były znaczne…A transport rannych? Horror, tragedia, wprost dokazywanie cudów. 
Usłyszałam taką opowieść – wspomnienie: oficer – adiutant niosąc
meldunek w ciemnościach natknął się na rannego. Niósł na plecach tego człowieka do miejsca, gdzie sam zdążał, bo tam też był punkt opatrunkowy. Rozmawiali szeptem. W pewnym momencie - cisza. 
Za chwilę, już u celu okazało się, że ranny nie przeżył, został zastrzelony, stąd krew sącząca się na kark niosącego. Ewakuacja rannych była więc trudna, opóźniona, często wręcz niemożliwa.

Znamy dokładnie przebieg tej ostatniej bitwy o Monte Cassino z wielu relacji.
Zainteresowani czytali cykl reportaży Melchiora Wańkowicza, słuchali i oglądali w telewizji wspomnienia żyjących jeszcze uczestników tych walk, widzieli fragmenty starych kronik filmowych. Wiele osób z mojego pokolenia wychowywało się w rodzinach, gdzie dziadkowie, rodzice, dalsi krewni i przyjaciele podczas odwiedzin, wspólnie spędzanych świąt czy też spotkań towarzyskich wspominali „dawne czasy” – lata okupacji hitlerowskiej, działań wojennych, ciężki okres po wyzwoleniu.
My, urodzeni po wojnie, mieliśmy więc możliwość uczenia się historii tej prawdziwej, nie zakłamanej, „na żywo”, w domu.

Ludzie, szczególnie ci z Kresów Wschodnich wiedzieli, co i kiedy wydarzyło się w Katyniu, przeżywali „wywózki” rodzin, sąsiadów, do Kazachstanu, na Syberię i dalej – na Kołymę; wiedzieli o bitwie o Anglię i o udziale w niej polskich lotników; wiedzieli o tworzeniu w 1941r armii polskiej w ZSRR z inicjatywy gen.Sikorskiego i za zgodą Stalina na południu państwa. Na mocy amnestii ze wszystkich stron tego ogromnego kraju, z więzień, obozów pracy przymusowej ciągnęli ludzie do polskiego wojska.
Ci ludzie z Kresów Wschodnich na „nieludzkiej ziemi” przetrwali poniewierkę, głód , gułagi zanim trafili do armii Andersa, który sam przez blisko dwa lata bywał upokarzany i źle traktowany w więzieniach NKWD, poznali życie w Rosji sowieckiej.

Jak bardzo pragnęli dotrzeć do organizującego się wojska niech świadczy taki przykład: z Kołymy wyruszyło ok. pięciuset ludzi; wędrując tygodniami, miesiącami, przeróżnymi środkami lokomocji, często, jak mój krewny i znajomi moich rodziców przedzierali się pieszo, przemierzając tysiące mil Syberii. Na miejsce "zbiórki" dotarło sto siedemdziesiąt osiem osób. Reszta zmarła z chorób, z wycieńczenia i głodu. Ludzie uważali, że tylko wstępując do wojska mają szansę powrotu do Ojczyzny, do rodzin, których losu nie znali.
W atmosferze pełnej niechęci ze strony Rosji sowieckiej, ogromnych trudności, braków w zaopatrzeniu dosłownie we wszystko, nawet poczucia zagrożenia gen. Anders zdecydował się wyprowadzić wojsko i towarzyszące mu tysiące cywilów z terytorium ZSRR przez Iran i Irak do Palestyny.

Z czasem – latem 1943r. wszyscy dowiedzieli się o zbrodni katyńskiej, o śmierci gen. Sikorskiego, o zerwaniu stosunków dyplomatycznych
między Kremlem a Polskim Rządem w Londynie. Ludzie uważali, że Anders po prostu ich uratował; niemniej obawy o powrót do Ojczyzny, o losy rodzin w kraju były ogromne.

Miałam możliwość słuchania wspomnień z Palestyny, z kampanii włoskiej, z okresu bitwy o Monte Cassino z ust naszego krewnego, wówczas młodego oficera, wymienianego przez korespondenta wojennego M.Wańkowicza w jego książce ‘Bitwa pod Monte Cassino”. Mimo upływu lat wspomnienia były ciągle żywe, wydawało się, że
zdarzenia miały miejsce całkiem niedawno, obrazy miejsc i sytuacji stawały przed oczami. Właśnie wtedy określenia „Domek Doktora”, „Widmo”, wzgórza 593, 595 usłyszałam w bezpośredniej relacji. Zobaczyłam mapki pozycji i szkice sytuacyjne, meldunki, fragmenty rozkazów pisane ręką Generała. 
Tłumaczenia zaistniałych sytuacji, wspomnienia przeżyć nieraz zaprawiane łzami zapadły mi głęboko w pamięć, w serce. 
Wydawało mi się wówczas, że przez te majowe dni i noce 1944r. ten stary, siwy człowiek o szczupłej, dziarskiej wciąż żołnierskiej sylwetce przeżył całe swoje życie, a pozostałe lata upływały mu w Ojczyźnie, wprawdzie wytęsknionej, ale nie tej, wyśnionej, tylko szarej, zgnębionej, upokorzonej przez komunę…
Przeżył ciężkie i krwawe choć zwycięskie dla II Korpusu Polskiego bitwy pod Ankoną, Loreto i trudne wyzwolenie Bolonii w 1945r, a potem... pobyt w obozie we Włoszech, powrót do Polski i lata więzienia…
Nigdy, nigdy w życiu tych spotkań i opowiadań nie zapomnę!

17 maja 1944r. do ostatniego natarcia ruszyły dywizje II Korpusu Polskiego wraz z odwodami. Wszyscy. Walczono nawet wręcz, o każdy metr, o każdą piędź ziemi, spychano z umocnień niemieckich spadochroniarzy, zdobywano i zajmowano pozycje.
Dla Niemców zaistniała groźba okrążenia. Nasi żołnierze przechwycili meldunek o rozpoczęciu przebijania się przez obleganych. Pozostawiając w klasztornych piwnicach rannych, spadochroniarze opuszczali klasztor. Rozpoczął się artyleryjski ostrzał dróg
ewakuacyjnych. W ciemnościach nocy toczyły się ciężkie walki wśród zarośli, na leśnych duktach i ścieżkach, walki o przeżycie.
Nad ranem zobaczono nad gruzowiskiem białą flagę, lecz nadal walczono z przebijającymi się Niemcami.

Ok. godz.10.30 polski patrol wszedł do zrujnowanego klasztoru zajmując opuszczone obiekty i stanowiska. Żołnierze zatknęli na szczycie gruzów najpierw proporczyk 12 Pułku Ułanów Podolskich, przygotowany na prędce, a następnie polską flagę; w jakiś czas potem na polecenie gen. Andersa obok tych naszych powiała flaga brytyjska.
W samo południe spod „biało – czerwonej” rozległ się... hejnał mariacki ponad tymi stosami gruzów, ponad ruinami klasztoru, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy i poniósł się w świat!
Droga na Rzym była wolna.

Dzięki pełnemu poświęceniu, odwadze i brawurze polskich oddziałów w natarciu niemiecka obrona na linii Gustawa została przełamana.
Zginęło ok. 950 polskich żołnierzy, ok. 3000 zostało rannych, za zaginionych uznano ok.350. Ogólnie traktując problem bitwa o wzgórze Monte Cassino zwana także bitwą o Rzym była bitwą wielu różnych narodów, mam tu na myśli oprócz Amerykanów, Anglików, Polaków również żołnierzy pochodzących z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, a więc Kanadyjczyków, Hindusów, Nepalczyków w tym Gurkhów, Nowozelandczyków i Maorysów oraz Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego, który reprezentowała Marokańska Dywizja Piechoty Górskiej przeciwko niemieckiemu, fanatycznemu do granic histerii nazizmowi młodych ludzi wychowanych w Hitlerjugend.

A motywacje do walki? Żołnierze z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów wywalczyli dla swoich rodaków albo poszerzenie autonomii albo w dalszej perspektywie niepodległość.
Francuskie wojska kolonialne wsławiły się nie tylko męstwem, pogardą śmierci, pewną egzotyką, ale i szczególnym okrucieństwem. Maroko z czasem uzyskało niepodległość.

Niestety, Polaków z takim poświęceniem dążących do odzyskania niepodległości spotkało głębokie, wręcz tragiczne rozczarowanie, potworna krzywda.
Nie wywalczyli sobie nawet prawa powrotu do Polski. Nie pomogła niekwestionowana sława polskiego oręża; mimo wątpliwości i protestów naszego dowództwa II Korpus skierowano do dalszych walk, o których wspomniałam już uprzednio.
Wobec postanowień jałtańskich chwała zwycięstw, poświęcenie, wielka danina krwi, bólu, ludzkich tęsknot i łez przyniosła gorycz i upokorzenia emigracji, rozproszenia po całym świecie. Nie tylko wtedy – przed laty, ale i dziś i na wieki dla nas, potomków tamtych patriotów – bohaterów konferencja w Jałcie pozostanie symbolem zdrady Polski przez Zachód i nic już tego nie zmieni.

Gen. Anders na próżno wszelkimi siłami bronił ludzkich praw swoich żołnierzy – prawa do godnego życia w wolnej Polsce, czuł się za nich odpowiedzialny, protestował - nie chcąc szafować krwią rodaków wobec rządów i przywódców zachodnich ulegających Stalinowi. Churchill podczas jednego ze spotkań z Andersem miał wprost oświadczyć, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała wschodniej granicy Polski.
Polacy zaczęli uważać Andersa za Generała polskich nadziei.
Tak powstała Jego legenda. Na Niego przez lata ciemnego ucisku czekali Polacy w kraju. Po latach pracy na rzecz wolności i niepodległości Polski zmarł w Londynie w 1970r. Zgodnie ze swoją wolą spoczywa wraz z małżonką między swoimi żołnierzami na cmentarzu wojskowym na Monte Cassino.

Po latach miałam możliwość skonfrontować nabywaną wciąż wiedzę z rzeczywistością
Monte Cassino. Cudowna przyroda, rzeźba terenu, lasy – podobne do naszych, wielkie, historyczne opactwo i bazylika wspaniale podźwignięta z ruin nakładem rządu włoskiego.

Lecz coś z tamtej atmosfery, z tych dni walk zostało, unosi się w powietrzu, w ciszy, w poszumie wiatru; wokół wzgórze 593, Widmo, Monte Cairo, wąwozy, w dolinie rzeka i miasto Cassino i cmentarz niemiecki.
A pod szczytem Monte Calvario, pod chmurami i słońcem nasz polski cmentarz wojskowy, gdzie w połowie maja zakwitają maki, takie same, jak u nas, w domu; kwitną na łąkach leśnych, pod murami opactwa, wśród „lasu białych krzyży”- wprost na grobach żołnierskich; wszędzie ich pełno.
I właśnie ten szczególny nastrój unoszący się ponad tym szczególnym miejscem starałam się przekazać w moim wierszu, poniżej...


                    Las białych krzyży...


        MAKI NA MONTE CASSINO



Jest w italskim kraju wzgórze,
Na nim klasztor, co jest stróżem
Drogi do Wiecznego Miasta
Z Neapolu. Wokół wzrasta
Las smrekowy i sosnowy;
Taki swojski las, domowy;
Polski, boć tu Polska przecie,
W ziemię wsiąkła krew Jej dzieci.
Na lesistym wzgórza stoku
Jest polana. Cisza. Wokół
Białe krzyże; w niebie - ptaki;
W ciszy płoną maki, maki...
Krwawe maki – kwiaty z pieśni...
Wspomnienia kłują boleśnie,
Jak to na Monte Cassino
Polski żołnierz szedł i - ginął
Padając w czerwone maki...
Kule jak złowieszcze ptaki
Lecą, gwiżdżą, syczą, świszczą;
Ludzi, tanki, drzewa niszczą.
Dni mordercze, dni udręki,
Męstwa, gniewu, bólu, męki,
Krzyku, komend: do ataku!
Na bagnety! Rzuć granatem!
Kryj się! Cisza spada kirem.
Dies illae! Dies irae!
Noce parne i gorące,
Noce z jękiem konających,
Bez słowiczych treli, fiuków,
Noce armatniego huku!
Świt ostatni, dzień ostatni
Zgiełku, strzelaniny, matni,
Wściekłego wroga oporu -
Żołnierz dotarł do klasztoru!
Tocząc bój krwawy, uparty
Wtargnął na Historii karty.
Polski sztandar nad gruzami!
Boże, zmiłuj się nad nami!
Wyrósł las kamiennych krzyży;
Wokół - maki, wyżej, niżej...
Tysiąc Walecznych tu leży,
Kwiat mężnej, polskiej młodzieży.
Wśród nich, w wiekopomnej chwale
Sam spocząłeś, Generale
Nadziei naszych; obrono
Godności Orła z koroną,
Snów i marzeń o wolności
Tych - w Ojczyźnie, tych, co w gości!
Orzeł w niebo skrzydła wznosi:
- Powiedz o Nich Polsce – prosi -
- Przechodniu, podumaj chwilę...
Dies illae, dies irae...



Maj 2010r                                              Ewa Utracka


             
        


fot. Ewa Utracka